HELENA KMIEĆ PRZYSZŁA ŚWIĘTA ?

PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA

Nowa misja Heleny

Kochała Boga, ludzi i życie. Pomagała wszystkim, którzy potrzebowali wsparcia. Została zamordowana w Boliwii, gdzie służyła jako wolontariuszka misyjna w ochronce dla dzieci. Helena Kmieć miała zaledwie 25 lat

Pochodziła z Libiąża. Tam też chodziła do szkoły, a za wybitne osiągnięcia w nauce otrzymała stypendium i możliwość nauki w prestiżowym katolickim liceum w Wielkiej Brytanii. Po studiach na Politechnice Śląskiej rozpoczęła pracę jako stewardesa w liniach lotniczych. Gdy wracała z pracy po nieprzespanej nocy, żal jej było czasu na odpoczynek, wolała spędzić go z przyjaciółmi, modlić się we wspólnocie albo komuś pomóc. – Wyśpię się po śmierci – mówiła żartobliwie Helena Kmieć.

Latem 2016 r. zaangażowała się jako wolontariuszka Światowych Dni Młodzieży. Została szefową parafialnego oddziału ŚDM. – Była bardzo religijna i otwarta na drugiego człowieka – wspominał w wywiadzie udzielonym TV Trwam bp Jan Zając, brat dziadka Heleny. Modliła się brewiarzem, śpiewała Godzinki, czytała Pismo Święte, często prowadziła wspólnotowe modlitwy i adoracje. – Dała się prowadzić Panu Bogu – opowiada Magdalena Kaczor, przyjaciółka Heleny. – Zaangażowała się w pracę misyjną, bo służba Bogu była jej całym życiem.

Helena została zamordowana 24 stycznia br. w miejscowości Cochabamba w Boliwii. Napastnik ugodził ją nożem i mimo prób reanimacji – zmarła. Świadkiem morderstwa była druga misjonarka z Polski

Zastępy małych męczenników

Helena Kmieć nie potrafiła długo przebywać w jednym miejscu. Była szczęśliwa, gdy miała możliwość być dla innych. Z przyjaciółmi mogłaby śpiewać i grać w planszówki do rana. Dała się im poznać jako mistrzyni w organizowaniu spontanicznych podróży. – Zarażała radością, była pełna życia i pomysłów, dlatego wielu pragnęło jej obecności i bliskości – mówią jej znajomi.

Miała niezwykły talent muzyczny i wykorzystywała go na chwałę Boga. W 2012 r. wstąpiła do Wolontariatu Misyjnego Salvator (WMS) i od razu zaangażowała się w działalność grupy muzycznej: organizowała koncerty uwielbienia, wspólne adoracje, brała udział w salwatoriańskich pielgrzymkach na Jasną Górę, dbała o oprawę Mszy św. – Gdy śpiewała, drżały ściany w kościele – opowiada Magdalena Kaczor, specjalistka ds. promocji WMS. Za pasję i oddanie Helena była lubiana w Duszpasterstwie Akademickim w Gliwicach, gdzie śpiewała w akademickim chórze.

Była także zaangażowana w obronę życia nienarodzonych. Ostatnio pracowała nad aplikacją mobilną dla młodzieży do Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. – Jesteśmy jej za to ogromnie wdzięczni. I mamy przekonanie, że w niebie przyjęły ją zastępy małych męczenników wdzięcznych za wsparcie dzieła służącego ratowaniu ich maleńkich braci i sióstr – podkreśla Katarzyna Pazdan z Powerbank for Life na Facebooku.

Boliwia: Misja Możliwa

„Choć to niewiarygodne – ta Misja jest możliwa!” – napisała tuż przed wyjazdem do Boliwii na Facebooku sama Helena Kmieć. „Pozdrawiamy z Cochabamby, która przez najbliższe pół roku będzie naszym domem” – dodała miesiąc później, 9 stycznia 2016 r., w dniu przylotu na miejsce wraz z Anitą Szuwald, również wolonatriuszką WMS.

W Boliwii polskie misjonarki miały pracować z dziećmi w ochronce prowadzonej przez siostry służebniczki. Od momentu, kiedy dotarły na miejsce, zajmowały się odnawianiem sal – malowały, sprzątały, myły okna. Później miały być wsparciem dla sióstr w opiece nad podopiecznymi. – Były przygotowane do tej posługi – podkreślają misjonarze. Przed wyjazdem koniecznie musiały nauczyć się języka hiszpańskiego, zdobyć niezbędną wiedzę o zwyczajach i sposobie życia miejscowej ludności, geografii, historii, tradycji i kulturze Boliwii. O doskonałym przygotowaniu Heleny do misji, pod względem zarówno duchowym, jak i merytorycznym, mówią również jej przyjaciele. – Mogła pojechać wszędzie i wszędzie byłaby skarbem. Zdecydowanie najlepsza pośród nas, wzór postępowania – opowiada Magdalena Kaczor.

Uwielbiała się przytulać, kochała dzieci, a one do niej lgnęły. Miała dar misyjny i powołanie do służby najmłodszym. – Powtarzała, że chce okazać miłość dzieciom, które nie otrzymały miłości – powiedział w rozmowie z KAI ks. Marek Gadomski SDS, duszpasterz Wolontariatu Misyjnego Salvator w Trzebini. Ta potrzeba zaprowadziła Helenę aż do dalekiej Boliwii. By mogła tam wyjechać, musiała wziąć w pracy półroczny bezpłatny urlop. To nie był jej pierwszy wyjazd misyjny – jako wolontariuszka była wcześniej na Węgrzech, w Rumunii i w Zambii.

– To nie był po prostu wolontariat, jakich wiele. Wolontariat misyjny to inne spojrzenie na świat, to styl życia, to misyjne podejście do wiary. Gdy wejdziesz w to naprawdę, zatapiasz się. Na sprawy doczesne patrzysz z dystansem, bo wiesz, że ostatecznie liczy się to, jak blisko Boga i ludzi byłeś w tym życiu – mówi przyjaciółka Heleny.

Nowa misja w niebie

Jeszcze 2 dni przed tragicznym wydarzeniem Helena opublikowała na Facebooku kolejną radosną informację z życia misji i podzieliła się zdjęciami odnowionej ochronki, przygotowanej na przyjęcie dzieci. „Teraz rozpoczynasz nową misję” – napisali po jej śmierci internauci. Opowiadali, jak wielkie wrażenie zrobiło na nich jej męczeństwo. „Helenko, dla nas jesteś już świętą! Śpiewaj z aniołami, przytulaj jak zawsze i opiekuj się nami, Przyjaciółko” – napisali na swoim fanpage’u na Facebooku przyjaciele z Wolontariatu Misyjnego Salvator w Trzebini.

„Tak właśnie wyglądają współcześni święci…”; „Nie zdążyłaś nacieszyć się misjami w Boliwii. Dzisiaj zaczęła się dla Ciebie inna misja”; „Niebo istnieje naprawdę. Ty tam masz już swoje mieszkanie…”; „Pomagaj nam w ewangelizacji już z Nieba”; „Do zobaczenia w niebie!”; „Jest coś w Tobie, co przyciąga i pozwala widzieć dalej. Co mimo wszystko daje nadzieję… Krew męczenników posiewem chrześcijan… Dziękuję za świadectwo Twojego życia…” – to tylko część wpisów na profilu Heleny w portalu społecznościowym.

Liczne świadectwa znajomych, a także anonimowych osób są dowodem na powszechne przekonanie o świętości młodej misjonarki. – Dla mnie było jasne, że ona nie jest zwykłym śmiertelnikiem, że jest powołana do rzeczy wielkich. Że stąpa tu, po ziemi, ale spogląda daleko w górę, do Ojca – wyznała Magdalena Kaczor, przyjaciółka zmarłej.

 

ŹRÓDŁO Niedziela Ogólnopolska 6/2017 , str. 16-18

Helenka poszła do nieba

 

To był Boży człowiek. Pełna energii, radości, z mnóstwem talentów. Uwielbiała być blisko innych. Tak znajomi i przyjaciele wspominają Helenę Kmieć, wolontariuszkę zamordowaną w Boliwii, w trzecim tygodniu wyjazdu misyjnego.

Miała 26 lat. Do Cochabamby pojechała na początku roku. 24 stycznia miała przemawiać podczas pierwszego dnia działalności ochronki dla dzieci, którą przygotowywały razem z drugą wolontariuszką Anitą Szuwald. W nocy przed otwarciem, mimo otaczającego placówkę muru z kolcami i krat w oknach, na teren ochronki włamało się dwóch mężczyzn. Przez dach dostali się na patio, gdzie znajdowały się sypialnie wolontariuszek. Jeden z nich zaatakował Helenę nożem, zadając jej wiele ciosów. Mimo udzielonej pomocy młoda kobieta zmarła. Niebawem, kilka przecznic dalej, policja zatrzymała obu mężczyzn. Jak informuje ks. Andrzej Borowiec, pracujący w Boliwii salezjanin, jeden z nich prawdopodobnie w latach 90. chodził do prowadzonej przez siostry szkoły, dlatego dobrze znał otoczenie.

„Wszelkie słowa są w tym momencie niewystarczające. Pozostaje nam zawierzenie tego wszystkiego Panu Bogu. Bardzo prosimy Was o modlitwę za Helenkę, Jej pogrążoną w bólu Rodzinę, Chłopaka i Bliskich, a także za całą naszą Wspólnotę WMS. Niech dobry Bóg będzie dla Helenki nagrodą, a dla nas pocieszeniem” – napisali po jej śmierci członkowie Wolontariatu Misyjnego Salvator, prosząc o modlitwę także w intencji drugiej wolontariuszki Anity.

Rodzinie Heleny tragiczną informację przekazał bp Jan Zając – brat jej dziadka. – Pojechałem tam i powiedziałem: „Helenka poszła do nieba” – wspomina ksiądz biskup. – Była Godzina Miłosierdzia. To wspólna modlitwa, łączność jej ofiary z Miłosierdziem pomogły nam przejść przez te chwile tragedii, ale nie beznadziei – opowiada.

Uwielbiała być blisko

Choć Helena miała mnóstwo talentów, ci, którzy ją wspominają, najpierw zwracają uwagę na coś zupełnie innego. – Garnęła się do każdego człowieka – mówi bp Zając. – Miała piękny dar zauważania wszystkich – dodaje ks. Janusz Grodecki, wikary w jej rodzinnej parafii. – Jeśli trzeba było zrobić coś w słusznej sprawie, we wspólnocie czy w kościele, jeśli trzeba było być z ludźmi w ważnych dla nich chwilach, smutnych czy radosnych, dla Helenki nie było rzeczy niemożliwych – opowiada przyjaciółka Heleny z wolontariatu misyjnego Magdalena Kaczor.

– Ona łączyła się z drugim człowiekiem przez swoją serdeczność, ale zawsze można było w tym dostrzec pewną głębię – dopowiada bp Jan Zając.

Talenty dla drugiego

Helena Kmieć urodziła się 9 lu- tego 1991 r. Pochodziła z Libiąża. Od pierwszej klasy podstawówki aż do matury uczyła się w tamtejszej Szkole Katolickiego Stowarzyszenia Wychowawców. Ostatnie dwa lata liceum spędziła na stypendium w Leweston School w Sherborne w Wielkiej Brytanii, równolegle realizując indywidualny tok nauki w swoim liceum, które ukończyła w 2009 r. W czasie szkoły pełniła funkcję przewodniczącej – najpierw klasy, potem gimnazjum i liceum. Lubiła startować w konkursach recytatorskich, występować na scenie. We wrześniu zeszłego roku udzieliła wywiadu do okolicznościowego wydawnictwa na jubileusz SKSW. Mówiła w nim m.in. o swojej pracy: „Mój obecny zawód, dość nietypowy, gdyż pracuję jako stewardessa – choć niezwiązany z kierunkiem studiów, jakie ukończyłam – jest połączeniem moich pasji: podróżowania, odkrywania świata, poznawania nowych kultur, języków, a także pracy z ludźmi, która daje mi dużo radości”.

Po maturze studiowała inżynierię chemiczną w języku angielskim w Gliwicach. Tam też uczyła się w szkole muzycznej I i II stopnia w klasie śpiewu solowego. – Udzielała się wszędzie, gdzie tylko się dało – mówi o Helenie Paulina Plucińska, jej przyjaciółka z Libiąża. Działała w grupach parafialnych, chodziła na piesze pielgrzymki, w świetlicy Caritas pomagała dzieciom w nauce, działała w Katolickim Związku Akademickim w Gliwicach, duszpasterstwie akademickim, scholi. Po jej zabójstwie internet obiegło nagranie z ewangelizacji na dworcu we Wrocławiu.

W Libiążu Helena była przewodniczącą parafialnego komitetu organizacyjnego ŚDM. – Tak naprawdę dzięki niej bardzo ładnie udało się przyjąć 500 Włochów – wspomina ks. Janusz Grodecki. Korzystała wtedy ze swojego talentu do bycia liderem, reagowała na sytuacje kryzysowe, gdy np. pielgrzymi nie mieli jak wrócić z Krakowa do Libiąża. – Dla mnie jest niepojęte, że ona w takich sytuacjach była ostoją spokoju. Potrafiła działać bardzo racjonalnie, nie dać się ponieść emocjom – opowiada Paulina Plucińska, która również pracowała w komitecie.

ŹRÓDŁO Tygodnik Gość Niedzielny GN 5/2017

Proszą Helenkę o pomoc

Następnego dnia po tragicznej śmierci Heleny ks. abp Marek Jędraszewski, metropolita
krakowski,mówił o misjonarce: „Jechała do Boliwii z wielkim entuzjazmem, choć jej to odradzano, bo ziemia jest niebezpieczna. Ona jednak chciała jechać, by służyć tam Chrystusowi. Trudno więc nie powiedzieć dziś, że Kościół buduje swą ciągłość na krwi swoich męczenników, zaczynając od pierwszych wieków chrześcijaństwa,
a kończąc na czasach współczesnych. I mówię tu także o śp. Helenie. Tam jednak,
gdzie jest krzyż, jest i Chrystus, a więc i zwycięstwo”. Ksiądz biskup Jan Zając, biskup
pomocniczy archidiecezji krakowskiej i zarazem wujek Helenki, zaświadcza, że dziewczyna
od dziecka, ucząc się Ewangelii, codziennie dawała świadectwo miłości do Jezusa.
–Codziennie. Aż do przelania krwi – mówi i dodaje, że jej decyzja o wyjeździe do Boliwii
była konsekwencją wyboru Jezusa. To nie był chwilowy kaprys młodej dziewczyny czy emocjonalne uniesienie serca. Ksiądz biskup przypomina zaangażowanie Heleny Kmieć
w życie Kościoła. – Dziś Helenka jest znakiem nie tylko dla ludzi młodych, ale i starszych.
Ja sam zdumiewam się, choć przecież ją znałem, gdy dowiaduję się, co robiła, kim
była dla wielu ludzi i ile dobra potrafiła zdziałać –mówi w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”. Wskazuje, że teraz jej apostolstwo polega na ewangelizacji
swoją męczeńską śmiercią. Nam wszystkim przypomina o wezwaniu do wierności Ewangelii i dawania świadectwa.Przekonany o świętości Helenki wujek zachęca:
–Prośmy Helenkę w naszych potrzebach o pomoc! Jak błogosławiona Karolina
Świadkiem życia dziewczyny przez ostatnie 20 lat był ks. prałat Franciszek Ślusarczyk.
Żegnali się przed wyjazdem na misje w święto Świętych Młodzianków. Jak mówi kapłan,
urzekało go duchowe piękno, które z niej emanowało. – Ona chciała się skarbem wiary dzielić, chciała w ten sposób realizować wezwanie, które w tym roku duszpasterskim nam szczególnie towarzyszy: „Idźcie i głoście”. Potraktowała to wezwanie jako wielkie pragnienie swojego serca – mówi w rozmowie z nami. Wskazuje na analogię
Heleny i bł.Karoliny Kózkówny: – Kiedy dowiedziałem się o tym męczeństwie, tak sobie
pomyślałem, że to jest taka współczesna nasza polska męczennica, taka jak kiedyś bł.
Karolina Kózkówna, która również w bardzo młodym wieku oddała życie za Chrystusa. I myślę, że to świadectwo jej takiej pięknej żywej wiary, dojrzałej mimo jeszcze młodego wieku, będzie owocowało – podkreśla ks. Ślusarczyk. Kiedy rozmawia się z młodymi,
czyta się chociażby wpisy w internecie, widać, że tak dzieje się już dziś. Paulina Plucińska, koleżanka z Libiąża, mówi, że choć teraz odczuwa smutek i żal, nie może się na tym zatrzymywać. – Helenka by tego nie chciała. Ona nas także przez swoją śmierć
mobilizuje do działania. To jest taki bodziec,który nas przyciągnie ku Bogu i zmobilizuje też
do zastanowienia nad własnym życiem, czy możemy coś zrobić lepiej, czy możemy zrobić więcej dla drugiego człowieka. Ona jest dla nas takim niesamowitym przykładem– wyznaje. Czy ruszy proces beatyfikacyjny? Do tego wymagany jest kult.
A ten, jak obserwujemy, rozwija się wśród młodych i starszych, w Polsce i za granicą.
Ojciec Szczepan Praśkiewicz OCD, konsultor Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, wyjaśnia, że w normalnych warunkach może się on rozpocząć dopiero 5 lat po śmierci. –Ale ten czas można wykorzystać już do zbierania materiałów, dokumentacji, wspomnień czy listów, do szerzenia kultu. Najlepiej, żeby powstała jakaś grupa inicjacyjna, która by nad tym wszystkim czuwała – wyjaśnia w rozmowie z „Naszym
Dziennikiem”. Na pytanie, gdzie taki proces mógłby się toczyć, o. Praśkiewicz odpowiada, że jest kilka możliwości: – Mógłby toczyć się w Boliwii, ale także w Polsce. To wszystko trzeba dobrze rozeznać i się zastanowić – mówi. KonsultorKongregacji Spraw
Kanonizacyjnych podkreśla, że w przypadku Helenki do beatyfikacji konieczne jest udowodnienie męczeństwa i trwającego kultu. – W przypadku męczenników nie jest już wymagany cud – przypomina.Do czasu zakończenia śledztwa nie możemy jeszcze mówić o powodach ataku i śmierci Heleny Kmieć. Jak czytamy na stronie internetowej Wolontariatu Misyjnego Salwator, procedury związane z transportem ciała Helenki do Polski są już na
etapie końcowym.Oznacza to, że w najbliższym czasie poznamy datę pogrzebu.
Małgorzata Pabis

ŹRÓDŁO NASZ DZIENNIK  SOBOTA-NIEDZIELA 11-12 LUTEGO 2017 NR 35

 

Bóg był sensem jej życia

 

 

Kochała Pana Boga i ludzi, radosna, pokorna, obdarzona wieloma talentami.Taka była
śp. Helena Kmieć, wolontariuszka i misjonarka. Dziś ją żegnamy. Optymizm, uśmiech, pokój, zorganizowanie to cechy, które charakteryzowały Helenę.Zawsze chciała czynić dobro.Taką ją zapamiętają wszyscy, którym dane było ją znać.
Czuła opiekę z Nieba Rodzice Helenki, tata Jan z Libiąża i mama Agnieszka z
Krakowa, poznali się podczas budowy kościoła w Olczy w Zakopanem. Ich praca przy
wznoszonej wówczas świątyni była odpowiedzią na apel skierowany o taką pomoc do Duszpasterstwa Akademickiego „Na Miasteczku” w Krakowie, do którego należeli.
Podczas porodu małej Helenki ujawnił się tętniak ukryty w głowie pani Agnieszki, który
pękł po trzech tygodniach. Zmarła, gdy córeczka miała sześć tygodni, a jej starsza siostra
Terenia dwa latka. Dziewczynki wychowała wraz z tatą Janem ich druga mama Barbara.
Wzrastały w rodzinie bardzo religijnej. Ci, którzy znali Helenkę, mówią, że była w niej pewna nostalgia, tęsknota za poznaniem mamy, która ją urodziła.
Jednaki to doświadczenie przeżywała w świetle wiary.
Helenka w rozmowach ze znajomymi, wspominając swoją zmarłą
mamę, mówiła z przekonaniem, że z Nieba o niej pamięta. Bardzo kochała też mamę, która
ją wychowała, często tuliła się w jej ramionach. Kiedy jedna z koleżanek zapytała ją wprost: „Helenko, skąd w tobie jest tyle miłości, tyle ciepła?”. Odpowiedziała:
„Jak to skąd, ja mam trzy mamy, więc wszystkie mnie obdarzają
miłością”. Dlatego wiele razy pielgrzymowała pieszo do
Mamy na Jasnej Górze. Wzrastała w Libiążu Helena Kmieć urodziła się
9 lutego 1991 roku w Krakowie. Mieszkała w Libiążu (archidiecezja krakowska). W libiąskiej
parafii pw. św. Barbary została ochrzczona 14 kwietnia 1991 r.Tutaj też przyjęła Pierwszą
Komunię Świętą (14 maja 2000 r.) oraz sakrament bierzmowania (19 czerwca 2006 r.).
Od 1998 r. była uczennicą szkoły podstawowej, a następnie Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego Katolickiego Stowarzyszenia Wychowawców w Libiążu.
– Od samego początku dała się poznać jako uczennica bardzo utalentowana, aktywna,
twórcza.Nie było dla niej rzeczy niemożliwych do pokonania.
Zawsze z zapałem i uśmiechem, spokojnie podejmowała się różnych
działań. Twórczą aktywnością zarażała, umiała zachęcić i zaprosić do współpracy innych
– wspomina Helenkę Antoni Buchała, polonista, wicedyrektor LO Katolickiego Stowarzyszenia Wychowawców w Libiążu. Jak podkreśla, cechowała ją „zachłanność na czynienie dobra”. Była wybitna. Na ostatnie dwa lata liceum zdobyła, co
było wielkim osiągnięciem, stypendium do prestiżowej Leweston School w Sherborne w
Wielkiej Brytanii, tam zdała maturę.Ksiądz dyrektor liceum w Anglii w rozmowie z jej rodzicami powiedział wówczas, że śmie twierdzić, że dwie osoby są wierzące „tak na serio” w jego szkole: Helenka, a on się stara jej dorównać. Ucząc się w Anglii, jednocześnie
realizowała indywidualny tok nauczania w swoim macierzystym LO KSW w Libiążu,
które ukończyła w 2009 roku. Studiowała inżynierię chemiczną w języku angielskim na
Politechnice Śląskiej. Dyplom magistra inżyniera obroniła w 2014 roku. Równolegle ukończyła Państwową Szkołę Muzyczną II stopnia w Gliwicach. Znała kilka języków.Podjęła
pracę jako stewardessa, ponieważ chciała poznawać świat, pracować z ludźmi. Swoją pasję do podróży łączyła z pasją bycia dla drugiego człowieka. Jeździła na rowerze, uwielbiała górskie wycieczki, uprawiała sport, lubiła tańczyć, pisała wiersze. Niektóre przemyślenia zamieszczała na swoim blogu. W duszpasterstwie Uzdolniona, utalentowana muzycznie,
śpiewami grąna gitarze chwaliła Pana Boga. Od najmłodszych lat angażowała się w działalność wspólnot duszpasterskich w swojej parafii pw. św. Barbary w Libiążu. Prowadziła grupę Dzieci Bożych, Koło Misyjne. – Potrafiła do tych wspólnot przyciągać
nawet te dzieci, których rodzice nie chodzili do kościoła – zaznacza ks. Paweł Król, który w
parafii św.Barbary jako wikary pracuje dziewięć lat. – Była bardzo lubiana przez dzieci,
rówieśników.Dorosłych nieraz zawstydzała postawą swojej wiary – podkreśla kapłan.
Jeszcze z czasów oazy znała ją Joanna Drzewniak, dziś katechetka w Szkole Podstawowej
nr 3 w Libiążu. – Na początku byłam animatorką Helenki. Wszystko, co robiła, podejmowała z wielką skromnością i pokorą, nigdy nie chciała być na świeczniku. Bardzo szanowała każdego człowieka. Helenka była radosna, pokorna i kochała ludzi, głosiła Jezusa świadectwem życia. Była cicha i pokorna jak Maryja – mówi
pani Joanna. Na ślubie Joanny i Sebastiana była nawet druhną. Przyjaźń
trwała przez wiele lat.Tuż przed wylotem do Boliwii w grudniu Helenka przyszła się pożegnać z zaprzyjaźnioną rodziną państwa Drzewniaków. – Wciąż
czuję duchowo jej obecność, czasem gdy coś mi nie wychodzi,
zastanawiam się, co w danej sytuacji zrobiłaby Helenka, jest
ona dla mnie wzorem – podkreśla ze wzruszeniem Joanna.

ŹRÓDŁO NASZ DZIENNIK SOBOTA-NIEDZIELA 18-19 LUTEGO 2017
NR 41